Polecane Strony:

alfa-bhp.pl - Szkolenia BHP Wrocław
mzbkancelaria.pl - prawo pracy Poznań
godar.pl - stalowe bariery ochronne
rol-bud.net - kramer
medandlife.com - artroza
Zapraszamy.
A A A

STO DWADZIEŚCIA DNI SODOMY, CZYLI SZKOŁA LIBERTYNIZMU - Tom VI

 

 

 


Donatien Alphonse de Sade


STO DWADZIEŚCIA DNI SODOMY, CZYLI SZKOŁA LIBERTYNIZMU

 

Rozważania te - rzekł Durcet - dowodzą więc złudnego charakteru przysług, a także wykazują, jak absurdalne jest czynienie dobra. Powiedzą ci jednak, że czynisz to dla siebie: stosuje się to być może do tych, którym słabość duszy pozwala godzić się na tak marne przyjemnostki, lecz ci, którzy, jak my, brzydzą się nimi, czuliby się, daje słowo, czuliby się oszukani, musząc je sobie prokurować.
Ów system rozpalił głowy, obficie raczono się trunkami i celebrowano orgie, z których niestali libertyni postanowili wykluczyć dzieci, by móc spędzić część nocy na piciu wyłącznie w towarzystwie czterech staruch i czterech narratorek oraz prześcigać się w nikczemnościach i okrucieństwach. Jako że pośród tego tuzina interesujących osobistości nie było choćby jednej, która po wielekroć nie zasługiwałaby na stryczek i łamanie kołem, pozostawiam domysłowi i wyobraźni czytelnika, o czym rozmawiano. Po słowach nastąpiły czyny, książę rozpalił się i nie wiem, po co ani dlaczego zażądano, by Teresa pokazała swe piętna. W każdym razie pozwólmy naszym aktorom przejść od tych bachanaliów do przygotowanych tego wieczora dla każdego niewinnych małżeńskich łóżek i zobaczmy, co zdarzyło się nazajutrz.

DZIEŃ SZESNASTY
Wszyscy bohaterowie wstali odnowieni jak po spowiedzi, z wyjątkiem księcia, który wyglądał na nieco zmęczonego. Winą za to obarczono Duclos: wiadomo, że wyśmienicie opanowała sztukę sprawiania mu rozkoszy, i on sam przyznawał, iż spuszcza się z satysfakcją tylko dzięki niej. Potwierdza to, iż w tej materii wszystko zależy wyłącznie od kaprysu, że wiek, uroda, cnota nie mają tu nic do rzeczy oraz że chodzi tylko o pewien rodzaj wyczucia o wiele częściej właściwy dojrzałym pięknościom niż niedoświadczonym podlotkom, których umiejętności określa jeszcze wiosna życia. Była w towarzystwie jeszcze jedna istota, która stając się coraz milsza, wzbudzała wielkie zainteresowanie - Julia. Jej zachowanie zapowiadało już wyobraźnię, rozpustę i liberty-nizm. Dostatecznie wyrachowana, by zdawać sobie sprawę, że potrzebna jest jej protekcja, dostatecznie fałszywa, by schlebiać tym, o których w gruncie rzeczy być może wcale się nie troszczyła, została ona przyjaciółką Duclos, dzięki czemu wciąż po trosze cieszyć się mogła względami swego ojca, posiadającego wszak w grupie wielki autorytet. Ilekroć to jej wypadało spędzić noc z księciem, tak dobrze współpracowała z Duclos, działała tak zręcznie i przymilnie, że książę śmiało oczekiwać mógł wybornych wytrysków zawsze, gdy zabiegały o nie te dwie istoty. Tym niemniej czuł do swej córki niezwykłe wprost obrzydzenie i być może bez pomocy Duclos, która wspomagała ją swymi wpływami, nigdy nie zdołałaby ona osiągnąć sukcesów. Jej mąż, Curval, miał o niej prawie takie samo zdanie, i choć, dzięki ustom i nieczystym pocałunkom, potrafiła jeszcze niekiedy doprowadzić go do wytrysku, to małżonek był już bliski odrazy: można by powiedzieć, że odradzał się w ogniu jej bezwstydnych pocałunków. Durcet oceniał j ą nie lepiej i do tej pory udało się j ej przyprawić go ledwie o dwa wytryski. Pozostawał jej więc tylko biskup, który uwielbiał jej rozwiązły żargon i uważał jej dupę za najpiękniejszą na świecie. Z pewnością dostarczała mu ona podobnych rozkoszy jak dupa samej Wenus. Julia demonstrowała więc tę właśnie stronę, ponieważ za wszelką cenę chciała się podobać; a że odczuwała silną potrzebę oparcia, tutaj go szukała. Tego dnia w kaplicy zjawili się tylko Hebe, Konstancja i Martaine; nie znaleziono nikogo, kogo można by ukarać za poranne przewinienie. Gdy troje podwładnych złożyło swą daninę, Durcet nabrał ochoty na to samo. Książę, który od rana nie mógł znaleźć sobie miejsca, postanowił skorzystać z okazji, by się spuścić, i obaj zamknęli się w kaplicy, zabierając ze sobą jedynie Konstancję w charakterze pomocnicy. Książę się zaspokoił, a mały dzierżawca zwalił mu kupę wprost w usta. Dwaj panowie na tym nie poprzestali, i Konstancja powiedziała później biskupowi, że oddawali się wespół okropnościom przez kolejne pół godziny. Wspominałem już..., od dzieciństwa byli przyjaciółmi i od tego okresu nie ustawali w przypominaniu sobie szkolnych igraszek. Jeśli chodzi o Konstancję, nie była specjalnie zajęta w trakcie tego sam na sam; co najwyżej wycierała dupy i co jakiś czas ssała lub brandzlowała członki. Wreszcie udano się do jadalni, gdzie, po krótkiej konwersacji czterech przyjaciół, zaanonsowano obiad. Był wystawny i rozpustny jak zwykle. Po posiłku, przyprawionym lubieżnym obmacywaniem i wyuzdanymi pocałunkami oraz paroma skandalicznymi wypowiedziami, libertyni przeszli do salonu, gdzie Zefir i Hiacynt, Michetta i Colomba podawać mieli kawę. Książę zerżnął między uda Michettę, a Curval Hiacynta; Durcet kazał Colombie zrobić kupę, a biskup włożył j ą Zefirowi w usta. Curval, przypomniawszy sobie jedną ze wspomnianych wczoraj przez Duclos namiętności, chciał nasrać w pizdę Colomby; stara Teresa, która asystowała przy kawie, umieściła należycie dziewczynę,

i Curval dopełnił dzieła. Ponieważ jednak oddawał on obfite stolce, stosownie do olbrzymiej ilości produktów, jakimi codziennie się opychał, niemal wszystko wywalił na podłogę i, by tak rzec, tylko powierzchownie zapaskudził tę śliczną dziewiczą szparkę, której natura z pewnością nie przeznaczyła dla równie brudnych rozkoszy. Biskup, wspaniale wybrandzlowany przez Zefira, po stoicku stracił spermę, dołączając do przeżywanej rozkoszy przyjemność kontemplowania tego wybornego obrazka. Był wściekły - zrugał Zefira, zrugał Curvala, złorzeczył wszystkim. Kazano mu wypić dużą szklankę eliksiru dla odzyskania sił. Michetta i Colomba ułożyły go na sofie, by odbył tam swą południową drzemkę i czuwały przy nim. Obudził się dość rześki. Ażeby go jednak jeszcze bardziej ożywić, Colomba ssała mu przez chwilę: jego narząd znów nabrał wigoru i można było przejść do salonu opowieści. Tego dnia biskup miał na kanapie Julię; ponieważ dość lubił dziewczynę, jej widok wprawił go w nieco lepszy nastrój. Książę miał Alinę, Durcet Konstancję, a prezydent swą córkę. Gdy wszyscy byli gotowi, piękna Duclos zasiadła na swym tronie i zaczęła w ten oto sposób:
Najzupełniej niesłusznie twierdzą niektórzy, że pieniądze zawdzięczane występkowi nie dają szczęścia. Nic bardziej błędnego. Mój interes rozwijał się znakomicie; Fournier nigdy nie widziała w swoim domu tylu klientów. Wówczas właśnie przyszedł mi do głowy pewien pomysł, co prawda nieco okrutny, pochlebiam sobie jednak, panowie, że w żadnym momencie nie okaże się dla was niesmaczny. Uznałam, że jeśli nie okazaliśmy dobroci komuś, komu mieliśmy ją okazać, diabelską rozkoszą będzie wyrządzić mu zło, i perfidna wyobraźnia podsunęła mi pomysł obrócenia libertyńskiej przekory przeciwko wspomnianemu Petignonowi, synowi mej dobrodziejki, któremu zobowiązana byłam wypłacić sumę niewątpliwie bardzo atrakcyjną dla biedaka, a już przecież trwonioną przeze mnie na szaleństwa. I oto nadarzyła się stosowna okazja. Ów ubogi pomocnik szewca, poślubiwszy dziewczynę swojego stanu, jako jedyny owoc tego nieszczęsnego hymenu posiadał dwunastoletnia córkę, którą odmalowano mi jako połączenie dziecięcych cech z atrybutami najdelikatniejszej urody. Dziewczynka, wychowywana ubogo, ale ze starannością, na jaką pozwalał niedostatek uwielbiających ją rodziców, wydawała mi się wybornym łupem. Petignon nigdy nie przychodził do mego domu; nie wiedział wszak o przysługujących mu prawach. Gdy tylko jednak Fournier mi o nim powiedziała, zebrałam informacje o nim i o jego otoczeniu i stąd właśnie wiedziałam, że posiada u siebie prawdziwy skarb. W tym samym czasie markiz de Mesanges, sławny libertyn, o którego profesji Desgranges będzie miała niewątpliwie okazję wielokrotnie wam opowiadać, poprosił mnie o

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 63 Następna »